|
|


Mechnice, dn. 19.11.2011 r. (sobota) - godz. 13:00
1/32 finału Pucharu Polski na szczeblu wojewódzkim
LZS MECHNICE - NKS START NAMYSŁÓW 3-1 (0-0)
1-0 Kampa 70'
2-0 Kampa 81'
3-0 Damian Zwoliński 85' 3-1 Maryniak 88' rzut wolny
W 90' P.Pabiniak (NKS Start) nie wykorzystał rzutu karnego (strzelił nad poprzeczką).
MECHNICE: Konopacki - Hadryś (85.Paczula), Stotko [k], Daszkiewicz, Bąk, Tudyka, Dariusz Zwoliński, Mojzyk, Zyla, Damian Zwoliński, Kampa.
Rezerwowi: -. Trener: Krystian GOLEC. Stroje: niebieskie koszulki - niebieskie spodenki - białe getry.
NKS START: Stasiowski - Wilczyński, Ł.Pabiniak, Kozan [k], Maryniak - Piwowarczyk, Bonar, Biliński, Błach - P.Pabiniak, Ciąglewicz (63.Domalewski).
Rezerwowy: Smoleń. Trener: Bogdan KOWALCZYK. Stroje: czarne (z czerwonymi wypustkami).
Sędziowali: Adam Czerwiński (jako główny) oraz Tadeusz Kinasiewicz i Daniel Bieńkowski (wszyscy KS Opole).
Żółta kartka: Bąk (75.).
Widzów: 60.
Mecz trwał: 95 minut (46+49).
Ostatni oficjalny mecz Startu Namysłów w 2011 roku odbył się na kameralnym obiekcie w Mechnicach. Czerwono-czarni zmierzyli się z miejscowym LZS-em, a stawką spotkania był awans do II rundy Pucharu Polski na szczeblu województwa opolskiego. Oczywiście przedmeczowym faworytem, z racji różnicy dwóch klas rozgrywkowych między obiema ekipami, byli namysłowianie. Ale w dniu meczu okazało się, że z pewnym, zdawałoby się, awansem, mogą być problemy. Z różnych bowiem względów do Mechnic nie dotarło aż 6-ciu zawodników, którzy mieli pewny plac gry w meczach o punkty. W efekcie z III-ligowego trzonu na boisku ujrzeliśmy jedynie Stasiowskiego, Kozana, Piwowarczyka, Bonara i P.Pabiniaka, wspartych przez namysłowską młodzież. Młodzież, dla których była to jednocześnie szansa, aby swoją grą przekonać do siebie coacha NKS-u. Niestety, po ostatnim gwizdku sędziego sensacyjnym zwycięzcą okazali się mechniczanie, którym zwycięstwo przypadło zasłużenie. Porażka niewątpliwie boli, niemniej w równym stopniu smuciła postawa potencjalnych zmienników. Okazało się, że w obecnej formie namysłowskie nadzieje nie były w stanie błysnąć na tle przeciwnika raptem z klasy okręgowej. Owszem chłopcy ambitnie walczyli w tym spotkaniu, jednak nie wyróżniali się w grze pod względem taktyczno-technicznym. A to, jak wiemy, jeden z kluczowych wymogów regularnej gry na poziomie III ligi.
Już po pierwszych minutach spotkania widać było, jaką taktykę obrał Krystian Golec, trener-instytucja zespołu gospodarzy. Zawodnicy LZS-u cierpliwie wyczekiwali na taki gości, przy okazji konsekwentnie przesuwając się poszczególnymi formacjami w kierunku rozgrywania piłki. Plan był czytelny, z którego wynikało też, że przy nadarzającej się okazji rywale próbują nas skontrować.
Namysłowianie starali się prowadzić grę, ale płynne rozgrywanie piłki utrudniali nie tylko miejscowi, ale i ciężkie boisko. Jako pierwsi ciekawszą akcję przeprowadzili właśnie czerwono-czarni. W 2' Ciąglewicz zdecydował się na strzał zza 16-tki, jednak jego próba poszybowała pół metra nad poprzeczką świątyni strzeżonej przez Konopackiego. Za chwilę (3') długie podanie od Maryniaka otrzymał P.Pabiniak, lecz po przyjęciu "kuli" klatką piersiową oddał zbyt lekki strzał w środek bramki, z którym golkiper LZS-u nie miał najmniejszych kłopotów.
Miejscowi pierwszą okazję stworzyli sobie w 6'. Kampa "klepnął" piłkę z partnerem, dzięki czemu znalazł się tuż przed Stasiowskim. Nasz bramkarz wyczekał jednak przeciwnika do końca i wyszedł z opresji obronną ręką. Dwie minuty później P.Pabiniak ponownie znalazł się przed dobrą szansą bramkową. Po nieco przypadkowej akcji piłka trafiła do najlepszego snajpera czerwono-czarnych, który momentalnie zdecydował się na uderzenie z piłki "sytuacyjnej". W tym momencie gospodarzom dopisało szczęście, gdyż futbolówka - równie przypadkowo - odbiła się od... głowy bramkarza i wyszła na korner.
W 20' rzut rożny z lewej strony boiska wykonywali mechniczanie, po którym Tudyce zabrakło naprawdę niewiele, aby "wkręcić" piłkę bezpośrednio z tego właśnie, stałego fragmentu gry. Podopieczni Bogdana Kowalczyka przez kolejne minuty nie mogli sforsować zasieków obronnych LZS-u, a sztuka ta udała im się po następnych 10 minutach (30'). Akcję, poprzedzoną sporą ilością dokładnych podań, próbował sfinalizować P.Pabiniak, choć i z tą próbą Konopacki ostatecznie sobie poradził. Z kolei w 35' gospodarze w środkowej strefie boiska przejęli źle rozegraną piłkę przez namysłowian. Mający "kulę" przy nodze Kampa przebiegł niewielki dystans, po czym kropnął z 25 metrów. Ale ku jego niezadowoleniu, ta przeszła w niewielkiej odległości od słupka. Niedługo potem (38') ciętą piłkę w pole karne gospodarzy posłał Bonar. Dobrze w tempo wyskoczył do niej Błach, lekko ją muskając. I znów Konopackiemu dopisało szczęście, gdyż przy jego próbie interwencji "skóra" lekko go musnęła. Na tyle jednak skutecznie, że zamiast w siatce, znalazła się poza linią końcową. Po tej sytuacji zakończyły się podbramkowe emocje w I części zawodów. Schowani za podwójną gardą gracze LZS-u czekali na błąd faworyta, licząc przy okazji na kontrataki, które zamienią na gola (-e). W ten sposób dwukrotnie przedarli się pod namysłowską świątynię, jednak niebezpieczeństwo umiejętnie zażegnał Stasiowski. Natomiast czerwono-czarni posiadali optyczną przewagę, z której niewiele wynikało. Ba, nasza gra przypominała raczej klasyczne "bicie głową w mur". Albo oddawaliśmy zbyt lekkie strzały, a jeśli już pachniało golem, to Konopackiemu dopisywało szczęście.
Po przerwie (49') z prawej strony dynamicznie w pole karne wbiegł P.Pabiniak, po czym odegrał na 5-ty metr (na krótki słupek) do Bilińskiego. Kamilowi pozostało właściwie dostawić nogę, co też uczynił. Ale pewnej, zdawało się, bramce zapobiegł... Ciąglewicz, który - jak na złość - znalazł się na linii strzału i zupełnym przypadkiem wyręczył bezradnego w tym momencie bramkarza! W 54' mechniczanie wykonywali rzut wolny z własnej połowy. Do górnej, crossowej, piłki bitej w szesnastkę wyskoczyli zawodnicy obu ekip i jeden z nich wybił ją przed linię 16-tki. Tam na piłkę idealnie nabiegł Tyduka i od razu uderzył. "Skóra" po drodze odbiła się jeszcze od jednego z defensorów Startu czym poważnie zaskoczyła naszego golkipera. Stasiowski pokazał jednak swój kunszt i końcami palców wyekspediował piłkę na korner.
Niestety, w 70' gospodarze dopięli swego. Wyprowadzając piłkę spod własnego pola karnego, Ł.Pabiniak zdecydował się odegrać ją do tyłu, gdzie asekurował go Kozan. Naciskany jednak przez Kampę popełnił fatalny błąd, odgrywając ją zbyt lekko. Sytuację wślizgiem próbował jeszcze ratować wspomniany Kozan, był jednak zbyt daleko, aby skasować zagrożenie. W efekcie Kampa znalazł się "oko w oko" z bramkarzem NKS-u i otworzył wynik meczu. Namysłowianie od razu rzucili się do ataków, próbując odrobić straty, co oczywiście było wodą na młyn defensywnie usposobionych miejscowych. W 81' w lewym narożniku szesnastki sprytnie zachował się Kampa. Lekko trącił próbującego wyskoczyć do kozłującej piłki Wilczyńskiego (czego arbiter nie zauważył), po czym przejął futbolówkę i uderzył wewnętrzną częścią stopy po tzw. "długim rogu". Piłka zdążyła się jeszcze odbić od słupka, ale - ku radości mechniczan - zatrzymała się dopiero w siatce. W tym momencie sytuacja obrońców pucharu stała się katastrofalna. Do końca spotkania pozostało bowiem kilka minut, a przegrywaliśmy już różnicą dwóch goli. Żeby problemów było mało, w 85' LZS klasycznie nas dobił, strzelając trzeciego gola! W środkowej części boiska piłkę zagrywał Domalewski. Jego "pas" był jednak nie do końca kontrolowany, gdyż z podania asekuracyjnego do kolegi, wyszło podanie w tempo do przeciwnika, gdzie dodatkowo piłka minęła namysłowską linię obrony. Jeden z gospodarzy wyłożył futbolówkę na czwarty metr. Tam akcję zamykał Damian Zwoliński i pewnym przyłożeniem stopy dopełnił formalności. W tym momencie wszelkie złudzenia o uratowaniu meczu prysły niczym banka mydlana. Sytuację dodatkowo pogarszał fakt, że grający dwie klasy niżej mechniczanie sprawiali nam już spore lanie. W 88' czerwono-czarni skorygowali wynik. Z prawej strony boiska, na wysokości 20 metra, nasz zespół wykonywał rzut wolny. Do piłki podszedł Maryniak i zdecydował się na dośrodkowanie. Bynajmniej z boku wydawało się, że dośrodkuje. Tymczasem wyszedł mu strzał na krótki słupek, po którym bramkarz nie zdążył z interwencją. Jeden gol, to jednak zdecydowanie za mało, aby móc mówić o wyjściu z sytuacji z twarzą. Namysłowianie chcieli więc honorowo pożegnać się z rozgrywkami, dlatego ponownie ruszyli całym zespołem do przodu. Dzięki temu w 90' wywalczyli rzut karny, po faulu na P.Pabiniaku. Sam poszkodowany podszedł do podyktowanego "wapna", ale jego próba okazała się kompletnie nieudana, bowiem futbolówka poszybowała nad poprzeczką. Metaforycznie można napisać, że właśnie ów "jedenastka" była kwintesencją sobotnich poczynań Startu. Bo prawdę mówiąc, w meczu z LZS-em Mechnice naszemu zespołowi naprawdę niewiele w grze wychodziło.
Przegrana z przedstawicielem klasy okręgowej, to dla naszego klubu zwyczajny wstyd. Owszem, mamy świadomość, że mówimy o meczu pucharowym, a puchary - jak doskonale wiadomo - rządzą się swoimi prawami. To jednak nie może być żadnym dla zespołu wytłumaczeniem. Podobnie jak nieco eksperymentalna drużyna, którą (bardziej z konieczności niż własnego wyboru - przez choroby, kontuzje i udział w zajęciach szkolnych) wystawił do gry trener Kowalczyk. Nie będziemy szukać wytłumaczenia porażki na siłę, gdyż w tym momencie podważalibyśmy zwycięstwo Mechnic. Zresztą rywalom sukcesu, wyrwanego nam po ciężkiej z ich strony walce, serdecznie gratulujemy.
Szkoda, że zastępująca doświadczonych kolegów młodzież nie sprostała w sobotę zadaniu i nie przyczyniła się do awansu, a bynajmniej dobrej gry, Startu. Nasze nadzieje zagrały bezbarwnie, choć dalecy jesteśmy od tego, aby młodych chłopców skreślać po jednym meczu. Dziś ich umiejętności nie są jednak na tyle duże, aby z marszu zastąpić mogli starszych kolegów. Jeśli jednak w zimie sumiennie przepracują okres przygotowań, to nie jest powiedziane, że nie otrzymają kolejnych szans dłuższych występów, już w meczu o punkty.
Porażką, a właściwie kompromitacją z Mechnicami, kończymy wyjątkowo nieudaną rundę jesienną sezonu 2011/12. W czerwcu, po 17 latach przerwy, ogromnie cieszyliśmy się z wywalczenia wojewódzkiego Pucharu Polski. Dlatego przed meczem z LZS-em liczyliśmy, że w I rundzie nowej edycji nasi ulubieńcy zaprezentują się jak na obrońcę trofeum przystało. Okazało się jednak, że mocno się przeliczyliśmy i fakt ten jest bardzo przygnębiający. Co by nie pisać, porażką z przedstawicielem klasy okręgowej chluby nam nie przynosi. Pozostaje mieć nadzieję, że wiosną zła karta namysłowskiego Startu wreszcie się odwróci... [G, KK]



|
|